Małe schludne mieszkanie w jednym z żorskich wieżowców. W przedpokoju prowadzącym do dużego pokoju, będącego jednocześnie pokojem gościnnym i sypialnią, na półeczkach poustawiane są zabawki i pluszowe maskotki należące do wnucząt lokatorki. U progu z pogodnym uśmiechem wita mnie pani Halina. Mieszka sama i chociaż jej sytuacja nie przedstawia się najlepiej, nie narzeka, nie widzi w tym sensu, tym bardziej, że wciąż przed oczami staje jej jak żywy obraz życia sprzed kilku lat, kiedy rozpoczęły się jej problemy z zadłużonym mieszkaniem i depresja, a ludzkie wsparcie było jej szczególnie potrzebne. Wtedy to też rozpoczęła się jej współpraca z parafialnym Zespołem Charytatywnym.

W pustym mieszkaniu…

        Opowieść o pani Halinie rozpoczyna się w 2006 roku. W poszukiwaniu pracy przeniosła się na Dolny Śląsk, a schronienia udzieliła jej siostra. W międzyczasie ubiegała się też o przyznanie renty, a ze względu na brak pieniędzy w sklepach zmuszona była robić zakupy na kredyt. Własne mieszkanie powierzyła opiece synowi, który by podjąć pracę potrzebował stałego zameldowania. I tutaj właśnie pojawiły się pierwsze problemy. Syn zamieszkał w moim mieszkaniu z dziewczyną i jej rodziną. Ja o tym nie wiedziałam, wspomina pani Halina. Po moim powrocie, jak się okazało, mieszkanie było zadłużone na ponad 2 tysiące. Nie miałam nawet na czym spać. Dwie szafki zostały zbite przez mojego zięcia gwoździami, żebym mogła gdzieś się położyć. 

        Sytuacja była jednak o wiele bardziej skomplikowana. Ze względu na nieopłacany czynsz pani Halinie groziła eksmisja. Ponadto okazało się, że konkubina syna w jej imieniu posyłała do spółdzielni mieszkaniowej pisma zobowiązujące ją do wpłacania należności za zadłużenie w określonym terminie. Kilka takich orzeczeń w moim imieniu z jej strony było pisanych, wspomina dzisiaj i jak dodaje: czułam się bardzo upokorzona, gdy pojechałam do spółdzielni mieszkaniowej w Jastrzębiu Zdroju i im przedstawiłam, że mnie nie było, że ja nie mogłam czegoś takiego napisać. Pani Halina próbowała wytłumaczyć zaistniałą sytuację, okazała dokument potwierdzający jej zameldowanie u siostry na okres trzech miesięcy, a z Urzędu Miasta pismo, że na ten czas zostaje wymeldowana z własnego mieszkania. Nie były to jednak wystarczające dowody.

W pokorze i z wdzięcznością

        W tej sytuacji niezwykle ważna okazała się pomoc sąsiedzka. Szczęśliwie dla pani Haliny jedna z sąsiadek, pracująca w spółdzielni mieszkaniowej, pomogła jej napisać podania do gazowni i elektrowni z prośbą o rozłożenie na raty kwoty zaległych pieniędzy. Niestety tutaj również pani Halina nie spotkała się ze zrozumieniem. Wnioski nie zostały pozytywnie rozpatrzone, pieniądze należało wpłacić w ustalonym terminie. Jedynie wysokość raty za czynsz udało się zmniejszyć, ze 100 do 50 złotych miesięcznie, bo - jak sama mówi - w tym czasie były to dla niej niewyobrażalne sumy. Nadal pozostawał jednak problem z uregulowaniem długu za media. Groziło mi odcięcie prądu, nie chciano mi tego rozłożyć na raty, więc opieka społeczna za mnie te pieniądze wpłaciła.

        Dla pani Haliny był to szczególnie trudny czas. Renta, którą w końcu jej przyznano, przeznaczana była w całości na spłatę mieszkania i na leczenie problemów z sercem. Koszta leczenia kardiologicznego, zakup leków znacznie przekraczały jej możliwości finansowe. Nie wiedziałam, jak ja żyję w tym okresie, mówi wracając pamięcią do tamtych lat, a teraz człowiek na nowo przeżywa. Na szczęście pani Halina mogła skorzystać z pomocy ofiarowanej przez Caritas i parafialny Zespół Charytatywny. Konieczna była pomoc zarówno duchowa, wsparcie psychiczne, jak również materialne. Pani Halina mówi o sobie, że nie należy do osób, którym łatwo przychodzi proszenie o pomoc. Stara się nie narzekać na swój los, radzić sobie własnymi siłami, a o pieniądze prosić jedynie, gdy już naprawdę nie daje sobie sama rady. Moje dramaty niewiele osób znało, bo nie lubię się użalać, nie lubię prosić… jeżeli mam możliwość, mogę sama coś komuś dać bezinteresownie, bo proszenie cały czas daje mi poczucie żebraniny, mówi, ale wtedy chodziło o to, żeby jakoś przetrwać. Dlatego też pani Halina przyznaje, że pomoc pań z charytatywnego, dotycząca głównie zakupu lekarstw, których koszt wynosił nawet od 200 do 250 złotych, była dla niej szczególnie ważna. Później dzięki Zespołowi Charytatywnemu otrzymałam też meble. Piękny segment, który zostawiła jakaś rodzina. Następnie panie z Zespołu Charytatywnego przekazały mi jeszcze pościel, ręczniki. Naprawdę, dzięki tym ludziom przeżyłam!

Blizny pozostają 

        Istotne było również wsparcie na płaszczyźnie psychicznej i duchowej. Panią Halinę dotknęła depresja spowodowana nie tyle trudną sytuacją materialną, co przede wszystkim zaginięciem i nie do końca wyjaśnioną śmiercią syna. Korzystałam z pomocy psychologa, psychiatry, brałam naprawdę silne leki, ale wcale mi nie pomagały. Jedynie słowa naszego proboszcza przemawiały mi trochę do rozsądku, mówi dzisiaj, zaznaczając, że należy do ludzi, którzy silnie przeżywają swoje troski, którym nie pomaga rozmowa, a w których rany nieustannie się odnawiają: Starano się mi pomóc, ale ja nie potrafiłam się nawet wysłowić, bo tak głęboko to wszystko we mnie było. Nawet teraz, po trzech latach wszystko do mnie wraca z taką samą mocą.

        Dzisiaj pani Halina nadal korzysta z opieki społecznej, otrzymuje dotacje do mieszkania, a z innych źródeł pomocy korzysta rzadziej, bo jak mówi, jest jej już trochę lżej: Myślę, że inni ludzie są w większej potrzebie niż ja. Pragnie też serdecznie podziękować za otrzymaną pomoc, cały czas podkreśla, że sama z pewnością by sobie nie poradziła. A czego jeszcze można pani Halinie życzyć? Zdrowia i tego, aby gorzej nie było, mówi z uśmiechem.