Zapewne niejednokrotnie każdy z nas zastanawiał się nad swoją przyszłością. W młodym wieku te myśli mają jeszcze bardzo abstrakcyjny charakter, z biegiem lat stają się coraz bardziej konkretne, a pytania typu: co się ze mną stanie? czy nie zostanie mi jedynie samotność? nabierają na znaczeniu.
Utracony dom rodzinny

Kiedyś, jak jeszcze byłam młodą osobą, usłyszałam w kościele kazanie o starszej kobiecie, która wychowała sześcioro dzieci, mówi siedząca naprzeciw mnie kobieta o przyjaznej, ale nieco zmęczonej życiem twarzy, a dzisiaj nie ma kto jej szklanki wody podać. Każde z dzieci wykształcone, a matka już im niepotrzebna, ale… - wspomina teraz słowa usłyszane na kazaniu - żebym była siódmego dziecka nie usunęła, to może tamto by mnie nie zostawiło. Słowa te wtedy mocno wstrząsnęły panią Teresą. Jako osoba wierząca nigdy by nie pomyślała, że można o swojej rodzinie mówić w taki sposób, że można zastanawiać się nad uzasadnieniem życia własnych dzieci. Dzisiaj sama się zastanawia, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby Bóg nie obdarował jej trójką dzieci.

Od dziewięciu lat pani Teresa mieszka zupełnie sama. Wydawałoby się, że to nic takiego, naturalna kolej rzeczy, kiedy dzieci dorastają i zakładają własne rodziny, gdyby nie fakt, że w ciągu tych długich lat relacja z dziećmi była żadna. Nie utrzymujemy kontaktu, nie mogę na nikogo liczyć, bo takie są czasy. Każdy pójdzie w świat, a matka stara, niepełnosprawna, to już niepotrzebna, wypowiada smutną dla niej prawdę. Temat rodziny jest bardzo bolesny dla pani Teresy, każde wspomnienie niesie za sobą nieoczekiwane drżenie serca, falę silnych emocji. Szuka przyczyn tej sytuacji, bo może, jak sama mówi, dzieci chciały czegoś więcej, może potrzebowały więcej miłości, a przecież nigdy nie było tak, by tej miłości nie otrzymywały. Wydaje się, że takie upragnione dzieci, może nie dałam im majątku, bogactwa, bo sama też nie miałam, ale kochałam na swój sposób, wychowałam, tak jak umiałam. W tej chwili pozostaje jej już tylko modlitwa.

Od pokoju do pokoju

Pani Teresa stara się nie skupiać na swojej samotności, nie reagować na złośliwe komentarze, a słowa: bo pani samotność doskwiera, nie wywołują już tak wielkiego smutku, co kiedyś. Nie ukrywa jednak, że brakuje jej kogoś, z kim mogłaby podzielić się swoimi nadziejami i niepokojami. Trzy lata temu w wakacje przychodziła do mnie pewna studentka, ale nie trwało to długo. Wkrótce udało jej się znaleźć pracę na wakacje i tak to się skończyło. W tej chwili pani Teresa ma stały kontakt jedynie z opiekunką z MOPS-u, jest on jednak ściśle służbowy, ogranicza się do odwiedzin dwa razy w tygodniu, by pomóc pani Teresie posprzątać w mieszkaniu i zrobić dla niej zakupy. Wizyty te są konieczne, bowiem pani Teresa ze względów zdrowotnych ma trudności z poruszaniem się.

Wiadomość ta była odpowiedzią na moje zaskoczenie w momencie, gdy w drzwiach mieszkania przywitała mnie kobieta poruszająca się przy pomocy kuli ortopedycznych. Sytuacja pani Teresy wynika z ogólnego stanu zdrowia. Cierpi na silne bóle kręgosłupa, które uniemożliwiają jej swobodne funkcjonowanie. Do tego astma oskrzelowa, nadciśnienie i niewydolność krążenia. Dzięki pomocy opiekunki społecznej życie na co dzień jest prostsze. Opiekunka dba o czystość mieszkania, robi zakupy, bo sama pani Teresa od siedmiu lat nie opuszcza domu. Do samodzielnego wykonania pozostają jej tylko te czynności, z którymi jest w stanie sobie poradzić. Przygotować sobie posiłek jeszcze potrafię, mówi, przyjdę do kuchni, ugotuję, postoję, bo postoję, ale kiedy ból jest zbyt wielki, muszę iść do pokoju i się położyć.

Między młotem a kowadłem

Na domiar złego leki, które zmuszona jest zażywać pani Teresa, nie należą do najtańszych. Zdarza się, że miesięczny koszt leczenia wynosi nawet 380 złotych, co przy najniższej stawce emerytalnej i standardowych opłatach mieszkaniowych, przekracza jej możliwości finansowe. Bardzo mało tych pieniędzy zostaje, niekiedy nawet nie zostaje wcale, dzieli się z nami. Nieraz stoję przed wyborem, bo jeżeli zapłacę za prąd, to nie zostaje na leki, a jeżeli kupię leki, to nie mam na prąd. W tej trudnej sytuacji pani Teresa stara sobie radzić, jak tylko może. Nie prosi o pożyczki, bo świadomość zadłużenia i późniejszych konsekwencji nie dawałaby jej spokoju. Jestem, nie wiem czy tak wychowana czy po prostu odpowiedzialna, boję się strasznie długów, mówi o sobie.

Pomocą pani Teresie służą panie z Zespołu Charytatywnego działającego przy naszej parafii. Otrzymuje od nich dofinansowanie do leków. Nie jest to stała kwota i też nie zawsze może na taką pomoc liczyć. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że podopiecznych charytatywnego jest wielu, dlatego jak sama mówi: Na razie to wolę nic nie zjeść, nic nie kupić, ażeby tylko wszystkie opłaty uregulować. Zdrowie zatem poprawie nie ulega. Dzieje się tak także dlatego, że pani Teresa nie może sobie pozwolić na opłacenie pobytu w sanatorium.

Kobieta nie ukrywa swoich problemów finansowych, tego, że bardzo przydałaby się jej pomoc w tej materii. Koszta leków czy wymiana tak podstawowego wyposażenia jak nowy junkers łazienkowy przekraczają jej możliwości. Jednak tym, czego szczególnie potrzeba pani Teresie, jest rozmowa z drugim człowiekiem, stały kontakt z kimś, kto sam z siebie chciałby spędzić z nią trochę czasu i byłby dla niej takim okienkiem na świat, którego sama od dawna nie ogląda. Osoby, które w jakikolwiek sposób mogłyby pomóc pani Teresie, proszone są o kontakt z parafialnym Zespołem Charytatywnym. Ona sama życzyłaby sobie jeszcze tylko mniejszego bólu, ale do tego to już trzeba się przyzwyczaić, mówi.