Pragnę podzielić się z jak największą ilością ludzi tym, co mnie i mojego męża spotkało, pragnę, aby ludzie uwierzyli w autentyczność wydarzeń, zanurzyli się w Bożym zaufaniu i oddali Mu wszystkie swoje zmartwienia, cierpienia, problemy. Pragnę aby uwierzyli, że modlitwy są wysłuchiwane czyli, że Pan Bóg hojnie odpowiada na nasze prośby.

        Od 1 września 2001 roku jestem mężatką. Kolejne lata naszego małżeństwa sprawiały, że z roku na rok coraz bardziej pragnęliśmy dziecka. Początkowo spokojnie do tego podchodziliśmy bowiem ja jeszcze kończyłam studia, jednak po obronie zaniepokojona brakiem ciąży poszłam do lekarza. Zaczęły się żmudne domysły lekarzy, liczne badania, kilka diagnostycznych pobytów w szpitalu. To wszystko z jednej strony dawało nadzieję, z drugiej budziło niepokój, gdyż lekarze coraz częściej mówili, że nie wiedzą co jest przyczyną naszej niepłodności. Wyniki badań były w normie. Nasze życie skupiało się na fazach mojego cyklu, miłość małżeńska zaczynała być obowiązkiem, smutnym, gdyż w głowach istniał już strach przed kolejnym niepowodzeniem i świadomość rozpaczy, rozgoryczenia jakie to niepowodzenie przynosiło. 

        Rodzina zaczynała dopytywać o to, kiedy pojawi się w naszym domu dziecko. Nie byliśmy jeszcze gotowi na to, aby wprost powiedzieć, że mamy problem z płodnością. Dlatego zaczęliśmy unikać zjazdów rodzinnych, szczególnie tych, w których brały udział dzieci naszych krewnych. Niestety w pewnym momencie stało się już to niemożliwe, gdyż wszyscy mieli już potomstwo. Bardzo ciężko nam było, nie rozumieliśmy dlaczego tak się dzieje. Najgorzej czułam się gdy w telewizji słyszałam wiadomości o pobitym noworodku albo wyrzuconym do śmieci.

        Kolejne lata mijały, skończyłam kolejne studia, zaangażowałam się w pracę, spędzając tam całe dnie chciałam zapomnieć o moim bólu. Zaprzestaliśmy odwiedzać różnych specjalistów ginekologów, nie mieliśmy już sił na życie fazami cyklu. Próbowaliśmy z mężem wartościować to co mamy dzięki bezdzietności. Czas tylko dla siebie, brak obowiązków, zmartwień związanych z dzieckiem, brak wydatków na dziecko... Było to coraz to głośniejsze zagłuszenie pragnienia jakie w nas rosło. Czasami pozwalaliśmy sobie na marzenia o tym jak wspaniale byłoby gdyby w naszym domu był mały człowieczek, na podłodze rozrzucone klocki lub autka, na sznurach małe ubranka, w dłoni delikatna ciepła rączka, w domu śmiech, gaworzenie lub nawet płacz dziecka. Wspaniałe to były marzenia. 

        W połowie 2006 roku zaczęliśmy interesować się adopcją. Sprawdziliśmy, wszystkie wymagania spełnialiśmy. Kolejne miesiące mijały, czasami pojawiały się rozmowy na ten temat, teraz wiem, że był to czas naszego dojrzewania do adopcji. 

        W 2008 roku postanowiliśmy odwiedzić Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy. Po rozmowie z dyrektorem w ciągu tygodnia zgromadziliśmy wymagane dokumenty i złożyliśmy je. W tym czasie postanowiliśmy też, ze po raz ostatni pójdziemy na konsultacje do lekarzy. Nic nowego nie usłyszeliśmy poza tym, że nasz przypadek to niepłodność idiopatyczna, to jest o nie znanym, prawdopodobnie psychicznym podłożu. Lekarze wymawiali te słowa z radością, mówiąc, że jest na to sposób, akurat dla nas – na początek inseminacja, docelowo procedura in vitro. 

        Powoli rodzinie przedstawialiśmy naszą sytuację, z drżącym głosem przyznawaliśmy się do niepłodności i do planów adopcji. Reakcje były zazwyczaj takie same – „adopcja to ostateczność, próbujcie tego co mówi lekarz”. Ja nie chciałam ze względu na wiarę, mąż mój ze względu na niskie prawdopodobieństwo sukcesu i jednocześnie wysokie koszty procedury. Oboje wiedzieliśmy, że jesteśmy gotowi pokochać dziecko adoptowane. 

        Zaczęłam myśleć o dziecku jako darze Pana Boga. Zdałam sobie sprawę z tego, że dotychczas działałam sama, nie prosiłam Boga o dziecko. Przypomniałam sobie jak św. Elżbieta długo czekała na dziecko, jak prosiła Pana Boga i Jej modlitwa została wysłuchana. Przypomniałam sobie, że wcześniej analogiczna sytuacja spotkała Abrahama. Z radością uświadomiłam sobie mój błąd – i zaczęłam gorąco prosić Boga o potomstwo. Czas ciągnął się w oczekiwaniu na zaproszenie na kurs adopcyjny. Co miesiąc dzwoniłam do OAO i słyszałam smutną wiadomość, że w 2009 roku nie będą organizowane kursy dla rodziców adopcyjnych lecz wyłącznie dla rodzin zastępczych, bo więcej jest dzieci z nieuregulowaną sytuacją prawną. 

        Pod koniec lutego 2009 zdesperowana postanowiłam napisać e-maila do sióstr zakonnych z różnych zakonów. Prosiłam o modlitwę w tej sprawie – żebyśmy mogli wziąć udział w szkoleniu lub... żebyśmy zaakceptowali bezdzietność jeżeli taka jest wola Boga. Nie trzeba było długo czekać, po siedmiu dniach zadzwonił telefon i zaproszono nas na kurs. Nasza radość była ogromna. Wiedziałam, że to nie przypadek, wiedziałam, że to jest odpowiedź Pana Boga na moją i sióstr zakonnych modlitwę. Na kursie faktycznie byliśmy jedyną parą kandydującą na adopcję. 

        Elektroniczny list zaadresowany do sióstr zakonnych zaowocował też bliższą znajomością z s. M. Bernadetą ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMPNP. Siostra Bernadeta z ogromną subtelnością, delikatnością przedstawiała mi bł. Edmunda Bojanowskiego, założyciela Zgromadzenia. Zaznajomiła mnie też z Nowenną Pompejańską. Czytając w internecie świadectwa otrzymanych łask za pomocą tej modlitwy z ogromną wiarą i niemal pewnością, że i moja prośba zostanie wysłuchana - postanowiłam odmówić tę modlitwę. W tym czasie siostra Bernadeta przysłała mi Biuletyn Rodziny bł. Edmunda Bojanowskiego i broszurę „Pomógł Błogosławiony Edmund Bojanowski”. Przeczytałam jednym tchem z ogromnym zdumieniem. Jeszcze w czasie czytania zapragnęłam mieć obrazek bł. Edmunda z modlitwą na drugiej stronie. Czytając kolejne strony świadectw zastanawiałam się, czy w tych broszurach będzie zamieszczona modlitwa o uproszenie łask przez wstawiennictwo bł. Edmunda. Gdy doszłam do ostatniej strony znalazłam. W tym samym dniu odmówiłam tę modlitwę, dużo myślałam o bł. Edmundzie, modliłam się własnymi słowami. Poprosiłam s. Bernadetę o to, żeby przysłała mi taki obrazek z modlitwą na drugiej stronie, wiedziałam, że człowiek, który bardzo kochał dzieci i swoje życie poświęcił na pomoc dzieciom wstawi się również za mną i Pan Bóg, jeżeli będzie taka Jego wola spełni moją prośbę. Od tamtych dni broszury przeczytałam kilkukrotnie, wiele myślałam o bł. Edmundzie,  modliłam się modlitwą z obrazka i z książeczki „Nowenny do bł. Edmunda Bojanowskiego” – którą również otrzymałam od s. Bernadety. W tym czasie odmawiałam również Nowennę Pompejańską. 

        W miesiąc po zakończeniu odprawiania Nowenny Pompejańskiej zadzwonił telefon z informacją o tym, że w szpitalu jest noworodek, który potrzebuje rodziców. Nie zastanawialiśmy się, już wiedziałam, czułam, że to nie przypadek, że jest to dar Pana Boga. Kilka dni później odebraliśmy dzieciątko ze szpitala - w czasie trwania Nowenny przed rocznicą śmierci bł. Edmunda. 

        Prosiłam Matkę Bożą i bł. Edmunda o zdrowe dziecko. Marzyłam o noworodku, ale nie przypuszczałam, że moje marzenie zostanie tak dokładnie spełnione. Na niemowlę rodzice adopcyjni czekają zwykle 3-4 lata a nawet dłużej... A Pan Bóg ułożył tak życie, że w 3 miesiące po otrzymaniu kwalifikacji w OAO mamy dzieciątko w domu, zdrowe, spokojne, prześliczne. Cała rodzina oszalała z miłości do dziecka. Wszystkim dokładnie opowiadam z pełnym przekonaniem, że to dar od Pana Boga. To bł. Edmund wraz z Matką Bożą prosili o tę łaskę dla mnie. Na razie mamy tzw. pieczę nad dzieckiem – to jest taki okres preadopcji. Czekamy aż minie 6 tygodniowy okres wg prawa każda kobieta ma 6 tygodni na zastanowienie się nad tym czy pragnie wychować dziecko czy oddać do adopcji. Jestem wdzięczna tej kobiecie za dar życia, za to, że dbała o siebie w ciąży, chodziła do lekarza, przyjmowała odpowiednie witaminy, robiła badania. Dzięki temu dziecko urodziło się zdrowe. Siostra Bernadeta słusznie zauważyła, że dziecko jest „efektem” adopcji duchowej. 

        Oczywiście w nasze dni wpisany jest niepokój, znalazłam jednak sposób na to uczucie... modlitwa. Oddaję lęk Panu Bogu, jednocześnie prosząc Go o to, aby dzieciątko zostało z nami na zawsze. Bez tej modlitwy nie byłabym w stanie spokojnie zasnąć w nocy, strach zdominowałby moje życie. Nadal modlę się do bł. Edmunda, do Matki Bożej. Wcześniej prosząc Boga o dziecko zapewniałam Go, że pragniemy wychować je w wierze, szacunku, na cześć i chwałę Pana Boga. Teraz to potwierdzam, pragniemy tak zrobić. Dzieciątko nad łóżeczkiem ma obrazek bł. Edmunda i Matki Bożej jest też Anioł Stróż. Zaprzyjaźniony ksiądz pobłogosławił dziecko, chodzimy do kościoła.
Wierzymy, cała rodzina wierzy, że nasze dziecko jest wymodlone, jest najwspanialszym prezentem od Pana Boga, wierzymy również w to, że Pan Bóg pozwoli dzieciątku zostać z nami na zawsze. 

        A ja... postanowiłam dokładniej poznać życie bł. Edmunda żebym mogła opowiadać dziecku o Nim, i nadal proszę siostry zakonne, znajomych, rodzinę o modlitwę w naszej sprawie – żeby dziecko zostało z nami, wszystko jest w rękach Boga. Do końca życia będziemy wdzięczni za ten najwspanialszy dar.