Życie w małżeństwie niesakramentalnym

proboszcz

3 maja 2007

        Najpierw krótko o tym, co było. Zawarcie związku małżeńskiego w bardzo młodym wieku. Wielka miłość, która miała wystarczyć do końca życia. Wystarczyła na bardzo krótko. Potem horror nieporozumień, kłótni, zranień, będący skutkiem niedojrzałej decyzji. I w końcu rozstanie. Pamiętam, że Boga w trakcie trwania tego małżeństwa zaprosiłam jedynie na ślub i chrzest dziecka. Poza tym nie za bardzo było miejsce na Jego obecność, na chęć przyjęcia Jego łask, na Eucharystię. Może tu tkwił największy dramat, a wtedy tego nie dostrzegałam.

        Najpierw krótko o tym, co było. Zawarcie związku małżeńskiego w bardzo młodym wieku. Wielka miłość, która miała wystarczyć do końca życia. Wystarczyła na bardzo krótko. Potem horror nieporozumień, kłótni, zranień, będący skutkiem niedojrzałej decyzji. I w końcu rozstanie. Pamiętam, że Boga w trakcie trwania tego małżeństwa zaprosiłam jedynie na ślub i chrzest dziecka. Poza tym nie za bardzo było miejsce na Jego obecność, na chęć przyjęcia Jego łask, na Eucharystię. Może tu tkwił największy dramat, a wtedy tego nie dostrzegałam.

        Teraz już nie popełniam tego błędu. Nauczyło mnie tego pewne doświadczenie. Kiedy byłam już bardzo załamana tym wszystkim co się działo, Bóg zaczął pukać do mego życia poprzez różne zdarzenia, poprzez ludzi, chcąc mi uświadomić, że i dla synów marnotrawnych jest u niego miejsce. Ale ja i tak wmawiałam sobie, że swym dotychczasowym życiem zasłużyłam jedynie na potępienie. Jednak ze względu na bardzo ważne dla mnie osoby, przyszłego męża i syna, obiecałam sobie, że (tak dla zachowania pozorów) każdej niedzieli będę na Mszy św., że będę się modlić z synem, że będę opowiadać mu o Bogu to wszystko, co sama powinnam była usłyszeć jako dziecko. Zdarzyły się wtedy zaskakujące dla mnie rzeczy. Na Mszy Św. każde czytanie, Ewangelia, kazanie były jakby przygotowane specjalnie dla mnie. Były to chwile dla mnie wzruszające, ale czasem wręcz wstrząsające. Zapragnęłam z całego serca przybliżyć się do Chrystusa, poznać Go tak naprawdę i zaprosić do mego życia. Nie odrzucił zaproszenia, przyszedł. Przyszedł i dokonał remontu generalnego. Nie odbyło się to bezboleśnie i z dnia na dzień. Stoczyłam niejedną wojnę w swoim wnętrzu. 

        Co jest teraz? Udane małżeństwo, które trwa od ponad dziesięciu lat, wspaniały owoc tego małżeństwa – córeczka, wiele łask, za które każdego dnia dziękuję.

        Ale jest także cierpki smak tego szczęścia. Jesteśmy wyłączeni z wielu sakramentów. Najboleśniejsza jest niemożliwość przystąpienia do Komunii Św. Trudno jest słowami opisać to uczucie. To jakby tęsknić za kimś bardzo bliskim i być gotowym na jego spotkanie, ale on nie może przyjść. Kiedyś lekceważyłam spowiedź i Komunię Św. Teraz wiem jaki to błąd. Przyjmuję Chrystusa duchowo do swego serca, ale jednak brakuje mi uczestnictwa w Eucharystii w pełni. 

        W czasie gdy moja wiara stała się bardziej świadoma pojawiły się również wyrzuty sumienia z powodu mojego męża, że to ja jestem przeszkodą w jego pełnej dostępności do sakramentów. Wiem, że decyzja o związku niesakramentalnym była wspólna i świadoma, a mąż nie robi mi z tego powodu wyrzutów, ale piętno winy i tak pali. 

        Bywa też wiele trudnych i przykrych momentów, np. gdy musiałam wytłumaczyć synowi dlaczego nie przystępuję do Komunii Św. Teraz na świeżo mam za sobą taką rozmowę z córeczką. Na pozór sprawa prosta. Powiedzieć: jest tak i tak, Kościół zabrania tego i tego. Dylemat polega jednak na tym, jak wytłumaczyć dziecku, że kocham Chrystusa, ale żyję niezgodnie z tym czego On naucza. I tak regularnie problem ten co rusz powraca i boleśnie o sobie przypomina.

        Jednak nie złamie to mojej wiary. Kocham Boga i wiem, że on też mnie kocha. Jest żywy w mojej rodzinie. Daje nam swą miłość, otacza swoją opieką. Ufam w Jego nieskończone miłosierdzie i wierzę, że kiedyś zobaczę Go twarzą w twarz. Przecież taki jest cel każdego z jego dzieci, mój też.

        Teraz myślę sobie, że chciałabym cofnąć czas i nie popełnić wielu błędów i żeby On był obecny zawsze w moim życiu, i żeby wszystko było po porostu tak jak trzeba. Niestety to co udało mi się skutecznie pogmatwać jest nieodwracalne. Czasem świadomość tego jest przytłaczająca.

        Lecz czasem też Bóg posyła mi swoje uśmiechy. Jednym z nich są spotkania dla małżeństw niesakramentalnych w naszej parafii. Byłam na wszystkich. Ksiądz Damian zapewnia za każdym razem ciekawą i zróżnicowaną formę tych spotkań, bynajmniej nie jest to rozdrapywanie ran, ale umacnianie wiary i pogłębianie wiedzy dotyczącej wiary. Spotkania mają dwojaki charakter. Raz jest to spotkanie modlitewne, a raz w formie powiedziałabym katechezy połączonej z dzieleniem się wiarą. Są to niekrępujące spotkania, w których każdy z nas uczestniczy w takim stopniu w jakim mu to odpowiada. Można włączać się w modlitwy i dyskusje, a można tylko po prostu być. To też wiele daje. W tym miejscu chciałabym zachęcić osoby, które znalazły się w podobnej sytuacji, z naszej Parafii i nie tylko, do uczestnictwa w tych spotkaniach. Z wielu rzeczy nie możemy korzystać, a to jest coś specjalnie dla nas. 

        W październiku zeszłego roku i marcu tego roku miały również miejsce prekursorskie w tym regionie Dni Skupienia dla Związków Niesakramentalnych w Domu Rekolekcyjnym Emaus w Koniakowie. Prowadzone były przez księdza rekolekcjonistę i dwie świeckie osoby – małżeństwo. W jednym miejscu spotkały się osoby w różnym wieku, z różnych środowisk, z najróżniejszą przeszłością. Niosło to za sobą zaskakujące czasem sytuacje, ale wszystko odbywało się w atmosferze wiary i otwartości. Dla mnie wspomnienia niezapomniane.

        Takie doświadczenia jak nasze parafialne spotkania i jak wspomniane rekolekcje dają mi poczucie, że małżeństwa niesakramentalne nie są odizolowane od Kościoła. Jeśli chodzi o nasz stan, to nauka Chrystusa nie pozostawia złudzeń, ale On również opowiadał o synu marnotrawnym, rozmawiał z Samarytanką, przyszedł w gościnę do Zacheusza, wysłuchał setnika i nie potępił Marii Magdaleny. 

        W gronie “niesakramentalnych” trochę ze smutkiem, trochę żartobliwie nazywamy siebie wiernymi II kategorii, II ligą, albo tymi nie z pierwszych ławek. Wiem, że tak jest, ale wiem też, że Jego miłość jest ponad wszystkimi kategoriami.