Powstaję, bo kocham

proboszcz

9 lipca 2011
Dla mnie spowiedź święta jest podstawowym sakramentem, z którego próbuję korzystać jak najczęściej. Kiedyś wystarczyły mi comiesięczne spowiedzi, ale pewnego razu usłyszałam od kogoś, że warto spróbować przystępować do spowiedzi co 2-3 tygodnie i postanowiłam to wypróbować. Warto! Dzięki temu czuję, jakbym była jeszcze bliżej Jezusa, jak i również częściej i dłużej przebywała w łasce uświęcającej. Takie częste spowiedzi dają mi więcej siły i motywacji do poprawy.

Katechizm Kościoła Katolickiego tak określa sakrament pokuty: jest to sakrament, w którym Pan Jezus przez usta kapłana odpuszcza nam grzechy po chrzcie popełnione. Dla mnie to bardzo ważne zdanie, które przypomina, że nie spowiadamy się tylko kapłanowi i że to nie tylko on nas rozgrzesza. Przychodzimy do samego Jezusa, aby się z nim pojednać. Pamiętam, że kiedyś bardzo się stresowałam przed każdą spowiedzią, bo co sobie o mnie ksiądz pomyśli albo co będzie, jak się pomylę lub zapomnę powiedzieć jakiegoś grzechu. Nieraz, czekając w kolejce do konfesjonału, miałam myśli, aby stamtąd uciec, ale wtedy sobie uświadamiałam, że szatan bardzo by się z tego ucieszył i to mnie motywowało, żeby jednak nie stchórzyć. Pomogła mi również pewna rada. A mianowicie, żeby przystępując do spowiedzi św. widzieć w kapłanie Jezusa. To mi bardzo pomogło, ponieważ już nie przychodziłam wyznać swoje grzechy tylko kapłanowi, ale przychodziłam przede wszystkim po to, aby wyznać swoje słabości i złe uczynki Jezusowi, aby to On mi je przebaczył i pomógł mi z nimi walczyć.

Często po spowiedzi miałam wielkie plany i motywację, aby poprawić się we wszystkim, zwalczyć wszelkie słabości, grzechy i to, co mnie oddala od Boga, lecz po kilku dniach po motywacji nie było ani śladu. I tak w kółko. Wtedy dopiero zrozumiałam, co oznacza taktyka małych kroczków, która wcześniej wydawała mi się mało efektowna i nudna. Od tamtej pory po każdej spowiedzi postanawiam sobie, że będę się starała poprawić na razie tylko z jednego grzechu, bo dopiero wtedy są jakieś szanse na poprawę, gdyż całą swoją uwagę mogę skupić na walce z tym jednym grzechem. I gdy przychodzi taka sytuacja, w której kiedyś się zgrzeszyło i teraz też ma się taką pokusę, to gdy jednak się opamiętam, pojawia się taka satysfakcja, że jednak tym razem udało się nie zgrzeszyć. Oczywiście czasami nie wychodzi, ale wtedy się motywuję tymi chwilami, w których Bóg zwyciężał.

Jeśli chodzi o ostatni warunek dobrej spowiedzi, czyli: zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu, to z tym bywa różnie, bo często zapominam, że pokuta zadana przez księdza zachęca mnie niejako do osobistego zaangażowania, że człowiek powinien sam nałożyć sobie pokutę, by w ten sposób próbować wynagradzać za popełnione grzechy. Taką formą może być modlitwa, pomoc bliźniemu, dobrowolne wyrzeczenie, np. odmówienie sobie słodyczy na jakiś czas czy oglądania telewizji. To ma być mój wkład, aby pokazać Bogu, że naprawdę żałuję i zależy mi na poprawie.

Czasami trudno mi przystąpić do spowiedzi, gdy sobie pomyślę, że znowu muszę się spowiadać z tych samych grzechów, że to bez sensu. Lecz nie można się poddawać, trzeba walczyć dalej, bo kochać to znaczy powstawać…